Adwokat Arkadiusz Tetela zrobił bardzo ważny ruch w sprawie projektu UD207, czyli tzw. „lex szarlatan”.
Wystąpił do Rzecznika Praw Pacjenta o informację publiczną dotyczącą tego, kto realnie uczestniczył w przygotowaniu projektu, jakie dokumenty powstały, kto opiniował, kto doradzał, jakie były kontakty z rynkiem farmaceutycznym, branżą medyczną, ekspertami, organizacjami i podmiotami mogącymi mieć interes w takim kształcie przepisów.
To jest dobry kierunek.
Jeżeli państwo chce dać Rzecznikowi Praw Pacjenta narzędzia do ścigania „pseudomedycyny” i „dezinformacji medycznej”, obywatel ma pełne prawo zapytać:
kto pisał definicje,
kto ustalał kryteria,
kto doradzał,
kto finansował,
kto miał interes,
kto miał wpływ,
kto będzie oceniał,
kto będzie karał,
i czy sam projekt przeszedł standard przejrzystości, którego później państwo chce wymagać od obywateli.
Ale moim zdaniem jest tu jeszcze głębszy problem.
Problem nie polega tylko na tym, czy przy projekcie były konflikty interesów.
Problem polega na tym, że państwo chce karać za „dezinformację medyczną”, ale samo musi najpierw jasno pokazać, czym różni się:
fałszywe twierdzenie medyczne,
od pytania o źródła,
od krytyki przymusu,
od żądania dokumentacji,
od pytania o NOP,
od pytania o ChPL,
od pytania o numer serii,
od pytania o badanie kwalifikacyjne,
od pytania o odpowiedzialność za skutki,
od sporu prawnego o granice obowiązku.
To nie są te same rzeczy.
Jeżeli rodzic pyta, jaka konkretna dawka ma być podana jego dziecku, na jakiej podstawie, według jakiego schematu, po jakiej kwalifikacji, jakim preparatem i z jaką dokumentacją, to nie jest „dezinformacja medyczna”.
To jest normalna kontrola procedury.
Jeżeli obywatel pyta, czy przymus szczepień jest proporcjonalny, czy państwo ma pełne dane, czy system NOP działa, czy istnieje pełny ślad dokumentacyjny i czy organ wykazał konkretny obowiązek wobec konkretnego dziecka, to nie jest „szarlataneria”.
To jest pytanie o granice władzy publicznej.
I tu jest sedno.
Państwo nie może mówić:
„zaufajcie nam, bo walczymy z dezinformacją”,
jeżeli jednocześnie nie pokazuje obywatelowi pełnej przejrzystości własnego procesu decyzyjnego.
Nie może karać za nieprecyzyjność, jeśli samo używa pojęć szerokich i elastycznych.
Nie może ścigać za „dezinformację”, jeżeli nie definiuje jasno, kto i według jakiego testu odróżnia błąd od pytania, pytanie od krytyki, krytykę od fałszu, a fałsz od sporu naukowego lub prawnego.
Nie może dawać organowi narzędzia publicznego ostrzegania i decyzji tymczasowych bez bardzo twardych bezpieczników proceduralnych.
Bo publiczne ostrzeżenie państwowego organu może zniszczyć reputację człowieka, działalności albo środowiska, zanim sprawa zostanie ostatecznie rozstrzygnięta.
To jest ogromna władza.
A ogromna władza wymaga ogromnej precyzji.
Jeżeli projekt ma zwalczać realnych oszustów, którzy sprzedają ludziom magiczne terapie, podszywają się pod lekarzy albo odciągają pacjentów od leczenia, to bardzo dobrze. Tacy ludzie powinni być zatrzymywani.
Ale jeśli przy okazji prawo może zostać użyte przeciwko ludziom, którzy zadają niewygodne, źródłowe i proceduralne pytania o politykę zdrowotną, to problem jest poważny.
Szczególnie że w oficjalnym opisie projektu jako przykład skutków „dezinformacji medycznej” wskazuje się wzrost liczby uchyleń od szczepień obowiązkowych.
To oznacza, że temat szczepień nie jest przypadkowym tłem.
Jest jednym z pól, na których ta ustawa może mieć znaczenie.
Dlatego trzeba powiedzieć jasno:
pytanie o szczepienie nie jest dezinformacją,
żądanie ChPL nie jest dezinformacją,
żądanie dokumentacji nie jest dezinformacją,
pytanie o NOP nie jest dezinformacją,
pytanie o numer serii nie jest dezinformacją,
pytanie o przeciwwskazania nie jest dezinformacją,
pytanie o odpowiedzialność państwa nie jest dezinformacją,
pytanie o granice przymusu nie jest dezinformacją.
To są pytania obywatela w państwie prawa.
Jeżeli państwo ma rację, powinno umieć odpowiedzieć dokumentem, danymi i procedurą.
Nie etykietą.
Nie ostrzeżeniem publicznym.
Nie karą.
Nie groźbą.
Największy błąd państwa polega na tym, że próbuje rozwiązywać kryzys zaufania narzędziami presji.
A zaufania nie buduje się presją.
Zaufanie buduje się przejrzystością.
Jeżeli obywatel widzi pełne dane, pełne źródła, pełne uzasadnienie, pełną dokumentację, pełne kryteria i pełną odpowiedzialność, wtedy można rozmawiać o zaufaniu.
Jeżeli widzi ogólniki, zamknięte procesy, niejasne definicje, szerokie kompetencje organu i etykietę „dezinformacja” dla niewygodnych pytań, wtedy państwo samo produkuje opór.
Dlatego przy „lex szarlatan” pytanie nie brzmi tylko:
czy chcemy walczyć z oszustami?
Oczywiście, że chcemy.
Prawdziwe pytanie brzmi:
czy państwo stworzyło narzędzie precyzyjne, kontrolowalne i odporne na nadużycia,
czy szeroką pałkę, którą da się uderzyć również w legalne pytania, krytykę procedur i obywatelską kontrolę polityki zdrowotnej?
Bo jeżeli państwo chce karać za dezinformację, to najpierw samo musi przejść test informacji.
Kto pisał?
Na jakich danych?
Z jakim interesem?
Z jakim konfliktem?
Według jakich kryteriów?
Z jakim prawem do obrony?
Z jaką kontrolą sądową?
Z jaką odpowiedzialnością za błąd?
To jest właściwy test.
Nie bronimy szarlatanów.
Bronimy precyzji prawa.
Bo nieprecyzyjne prawo przeciwko oszustom bardzo szybko może stać się prawem przeciwko niewygodnym pytaniom.